poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Kolejna książka o anoreksji? (Karen Gregory, Niepoliczalne)

Literatura młodzieżowa lubi trudne tematy. Jednym z najczęściej poruszanych jest ten, który dotyczy chorób. Zapewne czytaliście już niejedną książkę o anorektyczkach czy bulimiczkach, ja jednak muszę przyznać, że dotąd żadna z nich nie przykuła mojej uwagi. Czasami mam wrażenie, że tematy dotyczące zaburzeń odżywiania są nakreślone po macoszemu, zupełnie jakby autorzy nie mogli sobie wyobrazić, co tak naprawdę czują osoby, których te nieszczęsne choroby dotknęły. Na szczęście z pomocą przyszła mi książka „Niepoliczalne”.
Hedda to siedemnastoletnia dziewczyna, która od dziecka zmaga się z anoreksją. Oprócz uciążliwych problemów rodzinnych i swojej drugiej natury, którą nazywa Nia (zła bestia, na okrągło powtarzająca jej, że jest spaślakiem), pojawił się w jej życiu jeszcze jeden maleńki, rozwijający się w jej ciele kłopot, a mianowicie… dziecko. Jak Hedda poradzi sobie z nadchodzącymi zmianami?
„Niepoliczalne” to nie jest lektura pełna akcji. Nie jest to również lektura przewidywalna. Wśród młodzieżowej literatury stanowi coś zupełnie świeżego, choć równocześnie nie tak oryginalnego, jakby mogło nam się wydawać. W końcu mamy przed sobą książkę, która zaskakuje, która wychodzi ponad schematy, na dodatek ostatnie strony są tak pełne emocji, że zwyczajnie wstrzymujemy zarówno łzy smutku, jak i radości. Przyznaję, że po tej lekturze poczułam się lekko przytłoczona rzeczywistością, bo właśnie to przedstawia: żaden zakłamany obraz ubarwiony sztuczną, cukierkową słodyczą, tylko czyste, często bolesne realia. Tę powieść napisało samo życie.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Czy wierzycie w UFO? (Jennifer L. Armentrout, Obsydian)

Czy kiedykolwiek wierzyliście w UFO? Nawet jeżeli nie, to nie musicie się martwić, ponieważ Obsydian przedstawi wam kosmitów w… dosyć ostrym, a więc wyraźnym świetle. I to dosłownie, ponieważ nasi obcy z powieści w rzeczy samej świecą się jak latarki i na dodatek mają specjalne moce, które ułatwiają im życie – przykładowo potrafią odgrzać sobie obiad szybciej, niż mikrofalówka i to z pomocą jednej ręki. A teraz bądźmy poważni, bo Luksjanie nie są jakimiś tam zwyczajnymi kosmitami. Tak samo Arumianie, którzy próbują ich dopaść.
Czytając tę książkę zdałam sobie sprawę z tego, że jeżeli przeczytałabym ją dobre kilka lat wstecz, byłabym nią zachwycona. To jest właśnie tego typu nastoletnia literatura, która zachwyca dorastające dziewczęta przystojnym, charyzmatycznym głównym bohaterem, jego romansem z prostą dziewczyną, z którą każda może się utożsamiać, tymi złymi i dobrymi, paranormalnością oraz zabawnymi, choć niskolotnymi dialogami i akcją. Mimo tego, że mam już swoje lata i dawno przestałam czytać takie książki, to jednak muszę przyznać, że całkiem dobrze bawiłam się przy tej lekturze. Myślę, że jeżeli przymknie się na nią dorosłe oko, można znów poczuć się jak nastolatka, której w głowie romans z przystojnym gościem.
Obsydian nie jest wymagającą lekturą i więcej w nim paranormal romance niż takiej czystej fantastyki. Widać, że autorka raczej skupiła się na relacji Daemona i Katy. Przy okazji tych dwoje – do tej pory nie mam pojęcia czy są w sobie zakochani, czy po prostu między nimi iskrzy, jak pomiędzy niewyżytymi nastolatkami, których każdy dotyk sprawia, że się podniecają. To… zresztą nie jest ważne. Uważam, że ich relacja nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia, muszę również przyznać, że dialogi pomiędzy nimi w żaden sposób mnie nie bawiły – chyba taki młodzieżowy humor nie jest już dla mnie. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Bajka nie dla dzieci (Neil Gaiman, Koralina)

Koralina (nie Karolina!) to dziewczynka, która właśnie wprowadziła się z rodzicami do nowego mieszkania. Jak sama o sobie mówi – jest badaczką, dlatego każdego dnia przemierza niezmierzone krańce swojego nowego domu. Pewnego dnia odkrywa, że drzwi do pokoju, który był do tej pory zamurowany, nagle stoją otworem, a ziejąca czernią pustka zaprasza ją do siebie z otwartymi ramionami. Po przejściu na drugą stronę okazuje się, że... wciąż jest w swoim mieszkaniu, a wszystko, co tam się znajduje doskonale odzwierciedla rzeczywistość. No dobrze, może wszystko, bo chyba Koralina nie spodziewała się, że mieszkająca po drugiej stronie drzwi mama, będzie kazała zwać siebie drugą matką, a zamiast oczu, będzie posiadała... dwa czarne guziki.
Tym oto wstępem przechodzimy do kolejnego dzieła Gaimana, które udało mi się przeczytać. Chciałabym powiedzieć, że była to literatura dziecięca, bo miała w sobie trochę elementów, które mogły się do niej zaliczać, niemniej jednak ze względu na niepokojący klimat grozy, który tu panował, postanowiłam, że w swoim umyślę zaliczę ją bezpiecznie do fantastycznej literatury młodzieżowej.
W książce podobał mi się pomysł, a przede wszystkim klimat, którym Gaiman znowu mi udowodnił, że potrafi odnaleźć się w każdym podgatunku fantastyki – tym razem dobrze odnalazł się w klimatach grozy. Gdyby ktoś mi powiedział, że ta powieść będzie tak niepokojąca, pewnie nawet bym się za nią nie brała, ale muszę przyznać, że nie żałuję tej przygody, bo pomimo otoczki horroru, książka nie przeraża tak bardzo, jakby mogła. Oczywiście nie uznaję tego za wadę, wręcz przeciwnie!
Oprócz grozy mamy tutaj charakterystyczną dla Gaimana baśniowość, przejawiającą się w kreacji świata po drugiej stronie, a także typową dla niego abstrakcję. Cóż mam rzec? Z tej lektury wręcz wypływa gaimanowość!

poniedziałek, 19 marca 2018

Odgrzewane kotlety? (John Tiffany, Jack Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko)


Dla wielu osób Harry Potter był serią książek, dzięki której zostali pchnięci ku dalszej przygodzie z czytelnictwem. Dla wielu Harry Potter był, jest i będzie książką, z którą dorastali. J.K. Rowling nauczyła nas co to znaczy przyjaźń, miłość, odwaga, poświęcenie, mądrość i… bycie człowiekiem, a to wszystko wzbogaciła o potężną dawkę magii. Mam ogromny sentyment do historii o nastoletnich czarodziejach i jestem pewna, że gdy będę miała już własne dzieci – nie uciekną ani od książek, ani od zapoznania się z przygodami Harry’ego, Rona i Hermiony!
Już wiecie, że Harry Potter jest dla mnie jak święty relikt, którego nie można bezcześcić, dlatego też muszę was ostrzec przed tą recenzją – nie będzie łagodna. Nie mam zamiaru przebierać w słowach i wyrażę to, co tak naprawdę czułam, zagłębiając się w dodatkową, ósmą część będącą scenariuszem do przedstawienia o tytule Harry Potter i przeklęte dziecko.
Od zawsze bałam się kontynuacji książek, których nie podejmowali się prawowici autorzy. Miałam tak już jako dziecko. Fakt, że ktoś inny pisał kolejną część ulubionej serii sprawiał, że moje spojrzenie na historię stawało się krytyczne. Wtedy bardziej skupiałam się na dostrzeganiu różnic w zachowaniu bohaterów, wyobrażałam sobie, jak prawdziwy autor by to wszystko rozegrał i… uwierzcie mi, nie istnieje osoba, która byłaby w stanie napisać lepszą kontynuacje niż prawowity pisarz. Wszystko, co dotąd czytałam, sprawiało wrażenie odgrzanej zapiekanki, która straciła swój dawny smak, dobrze znany nam z dzieciństwa. Tak samo było z Harrym Potterem i przeklętym dzieckiem.

poniedziałek, 12 marca 2018

Posłuchaj, a zrozumiesz? (Michelle Falkoff, Playlist for the Dead)


Co byś zrobił, gdybyś pewnego dnia przyszedł do swojego kumpla, z którym poprzedniego dnia ostro się pokłóciłeś i nie było by ci dane więcej zamienić z nim słowa? Mało tego, zobaczyłbyś go martwego w otoczeniu mnóstwa tabletek i butelki wódki. Niewątpliwie przeżyłbyś szok, podobnie jak Sam, któremu najlepszy przyjaciel pozostawił po sobie tylko tajemniczą playlistę złożoną z jego ulubionych piosenek i skrawka papieru oznajmiającego, że muzyka, która się tam znajduje, pozwoli mu zrozumieć sytuację. Czy tak w rzeczywistości się stało? A dodatkowo: z czym musiał zmierzyć się Sam, kiedy odszedł jego najlepszy przyjaciel? Czy zdobywanie nowych przyjaciół było dla niego łatwą sprawą? Czy zapomnienie przyszło równie szybko, jak śmierć Haydena?
Po „Playlist for the Dead” spodziewałam się naprawdę wiele i nie mogę powiedzieć, że zawiodłam się na pełnej linii. Historię Sama czytało się przyjemnie, choć jednocześnie bez większych emocji. Nie nudziłam się, ale też zbytnio nie ekscytowałam treścią. Była to dla mnie raczej książka dobra na wypoczynek, w sam raz na długą podróż pociągiem i do poduszki. To na czym się zawiodłam, to sama tytułowa playlista, której potencjał nie został do końca wykorzystany. Od samego początku myślimy, że będziemy kierowani ścieżką muzyki i  tym samym dążyli zgrabnie do wyjaśnienia, dlaczego Hayden, przyjaciel Sama, postanowił popełnić samobójstwo. Ostatecznie nic tak naprawdę się nie wyjaśnia, a same piosenki niewiele nam mówią. Główny bohater twierdzi, że przesłuchana playlista pomogła mu w tym, żeby nie ograniczać się gatunkowo muzycznie, co wbiło mnie w siedzenie. Po takiej zapowiedzi raczej oczekiwałam, że playlista będzie naprowadzać Sama na konkretne tropy i konkretne odczucia Haydena, ale ostatecznie chłopak sam więcej rozwiązał, rozmawiając z ludźmi, niż przesłuchując piosenki. Playlista była po prostu dodatkiem do całości, która tak naprawdę nie stanowiła jednego z głównych wątków i elementów rozwiązywania zagadki śmierci. Jeżeli chodzi już o same piosenki, postanowiłam przesłuchać każdą z nich. Byłam pod wrażeniem, bo niektóre z nich były również moimi ulubionymi, co tylko polepszyło mój odczyt treści i chętniej zagłębiałam się w lekturze. Nazywanie każdego rozdziału tytułem piosenek było dobrym zagraniem.

poniedziałek, 5 marca 2018

Fantastyka, o której wszyscy trąbią (Sarah J. Mass, Szklany Tron)

          Całe wakacje powtarzałam sobie: będę czytać romanse, będę czytać młodzieżówki. Zrobiłam sobie nawet listę tego, za co mam się chwycić. Szklany Tron jako fantastyka – czyli gatunek, w którym czuję się najlepiej – był gdzieś na szarym końcu. Wytrzymałam? Nie. Wśród beznadziejnych i męczących, ckliwych tekstów o miłości, które nie wprowadzają niczego nowego w moje życie, miałam ochotę na coś iście magicznego, wciągającego, szalenie nierealnego… Czy znalazłam to przy długo wyczekiwanym Szklanym Tronie?
             Często mam tak, że nawet, jeżeli czegoś jeszcze nie przeczytałam, wiem już wszystko o danej książce, a to dzięki moim małym „śledzikom”, czyli spoilerowcom i stronom internetowym. Zanim na dobre wdrożyłam się w historię nastoletniej zabójczyni Adarlanu – Celaeny Sardothien, zdążyłam ją pokochać z samych opowieści przekazywanych ustami i palcami internetowym trubadurów. Co jest w niej takiego, że przyciąga? A słowo daję – dawno nie widziałam tak udanej kreacji bohaterki. Myślę, że to dzięki jej zadziorności i sarkazmowi, który tak kocham. Powiedziałby kto, że jest przeidealizowana, i rzeczywiście mogę się z tym zgodzić, bo wyraźnych wad jako takich w pierwszym tomie nie widzę, a jednak wciąż uważam ją za swoją ulubioną postać ze Szklanego Tronu. Ma w sobie coś z małej dziewczynki – zadziorność, kaprysy i kokieterię, ale także z kobiety – to zamiłowanie do pięknych sukien i dbałość o swój wygląd. Jest równocześnie tajemnicza i otwarta. Pełna gracji. Wielki plus za to, że czyta książki i lubi zwierzęta. Celaenę łatwo da się polubić i jak się okazuje… łatwo ją też znienawidzić. Ma wielu wrogów i każdy drży przed jej imieniem – i pomyśleć, że to tylko siedemnastolatka. Tu się zatrzymam, bo… nie mogę, naprawdę nie mogę pojąć po tej pierwszej części, jak Celaena mogła być uznana za najgroźniejszą zabójczynię Aderlanu, po pierwsze: będąc tak młodą, po drugie: mając tak dużo współczucia dla innych ludzi. Do czego dążę – gdyby ktoś przy końcu mojego czytania powiedział mi, że jest zabójczynią, zrobiłabym wielkie oczy i zaczęła się śmiać, bo podczas lektury nie daje się tego odczuć. Nie jest jakoś wybitnie nieustraszona, nie ma zabójczych zapędów i często to mężczyźni muszą się nią opiekować. Częściej przypomina mi boleśnie zranione zwierze niż samodzielną zabójczynię, choć rozumiem, że autorka chciała pokazać, że zabójczyni też ma uczucia i obawy. Dlatego też nie spisuję od razu na straty miana Celaeny, po prostu będę czytać dalsze części, żeby utwierdzić się we własnym przekonaniu, bądź zwrócić jej honor.

poniedziałek, 26 lutego 2018

O gwiazdce z nieba (Neil Gaiman, Gwiezdny pył)


Kim jest Neil Gaiman, wie zapewne większość książkowych fanów fantastyki. Choć jego książki były wydawane w Polsce już w latach 90, prawdziwą popularność zyskał wówczas, kiedy jego powieści doczekały się nowej oprawy, którą zawdzięczamy wydawnictwu MAG. Każdy musi się ze mną zgodzić – nowe okładki wyróżniają się spośród mnóstwa fantastycznych książek i cieszą oko. Oprócz ładnej oprawy, powieści Gaimana zawierają jednak w sobie coś więcej – przede wszystkim dobrą fabułę, i choć przeczytałam dopiero dwa z jego dzieł, jestem pewna, że pozostałe historie zachwycą mnie w takim samym stopniu jak Nigdziebądź czy Gwiezdny pył.
Tristran Thorn to młodzieniec, który jako jedyny przekroczył progi Muru. Prawdopodobnie udało mu się to tylko dlatego, że w połowie należał właśnie do tego miasteczka – tu bowiem mieszkał jego ojciec, Dunstan, który począł syna ze zniewoloną wiedźmą. Tristran wiódł spokojne życie, pracując w sklepie ojca jako subiekt. Jego jedynym problemem było wyłącznie nieszczęsne, uciekające w stronę pięknej Victorii Forester serce. Miłość nie była odwzajemniona. Szaleńczo zakochany chłopak podczas jednej z przechadzek przysiągł swojej ukochanej, że przyniesie jej gwiazdę, której upadek z nieba oglądali, w zamian za to będzie mógł z nią zrobić to, co będzie mu się podobało. I tak oto Tristran wyruszył w długą podróż poza Mur, do krainy, skąd częściowo się wywodził, a mianowicie: do Krainy Czarów.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.