poniedziałek, 8 stycznia 2018

Coś zgoła innego... (Kazue Kato, Ao no Exorcist)

Bywa, że czytam nie tylko książki. Kiedy naprawdę potrzebuję się odmóżdżyć lub odprężyć po ciężkim dniu, kładę się do łóżka, przykrywam kołdrą i zaczynam pochłaniać mangi, czyli japońskie komiksy, które nie wymagają ode mnie zbyt wiele wolnego czasu – czyta się je bardzo szybko, powiedzmy, że pół godziny spokojnie przypada na jedną z nich – ani skupienia, bo zazwyczaj są to nieskomplikowane historie obrazkowe z prostymi i zrozumiałymi tekstami w chmurkach. Zazwyczaj nie kupuję własnych mangowych cegiełek. Mam po dwa lub trzy tomy niektórych serii, kompletuję tylko Tonari no Kaibutsu-kun (po polsku: Bestia z ławki obok) oraz Noragami. Jeżeli chodzi o Ao no Exorcist (czyli Niebieskiego egzorcystę), siedemnaście tomów zawdzięczam mojemu koledze ze studiów, za co bardzo mu dziękuję, bo dźwigał dla mnie czasem po kilka cegiełek mang! 
Pierwszy raz z przygodami Rina – syna samego Szatana  spotkałam się w gimnazjum, kiedy wzięłam się za anime, czyli japoński serial animowany wykonany na podstawie mang autorstwa Kazue Kato. Dopiero siedem lat później postanowiłam przeczytać papierową wersję. Anime nie ujęło wszystkich ważnych elementów pierwowzoru, dlatego już po połowie, kiedy reżyserowie wymyślili własną wersję, Ao no Exorcist upadło. Dopiero teraz po sześciu latach pojawiła się nowa, druga seria, idąca już zgodnie z mangową wersją zdarzeń.
Wiem, że wielu z was może nawet nie mieć pojęcia o czym piszę albo z góry ominie te wypociny. Nie dziwię się. Japońskie komiksy mają inny klimat niż te zwyczajne, ale jeżeli tylko da im się szansę, niektórych na pewno wciągną. Ao no Exoricst jest jedną z serii, o których musiałam napisać, ponieważ dawno tak bardzo nie wciągnęłam się w komiksową fabułę. Dotyczy głównie zmagań młodego Rina, który pomimo swoich demonicznych korzeni, postanawia zostać egzorcystą, ale nie takim egzorcystą o jakim sobie teraz myślicie, bo wbrew pozorom – księdzem nie będzie. Chce po prostu zostać osobą, która będzie bronić ludzi przed potworami z Gehenny (miejsce, w którym wszystkie demony egzystują). Chłopak, który nigdy nie panował nad swoimi emocjami zaprzyjaźnia się z innymi uczniami ze szkoły egzorcystów i jak się okazuje – jest nauczany przez własnego brata bliźniaka, którego nie podejrzewał nawet o bycie egzorcystą. Do tego wszystkiego doprowadziła śmierć przyszywanego ojca chłopców, który był paladynem – najwyższą w hierarchii osobą zwalczającym demony. Wszystkie przygody głównego bohatera toczą się wokół misji, szkolenia się na egzorcystę oraz wokół jego przyjaciół, z których to każdego historia prędzej czy później zostaje przedstawiana – a jest to znakomicie wplatane w fabułę.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Młodzieżowa fantastyka - typowa, a jednak miła (Laura Gallego, Tam, gdzie śpiewają drzewa)

Fantastyka to jeden z najbardziej szerokich gatunków książkowych. Jego największą zaletą jest to, że nic go nie ogranicza, bo w fantastycznym świecie wszystko jest możliwe. Autorzy nie muszą opierać się na rzeczywistości, nie muszą być wierni faktom, każdy z nich tworzy odrębną krainę, która ma swoje ciche początki w odmętach wyobraźni. Mimo tego, że fantastyka jest gatunkiem, gdzie można robić, co się tylko zechce, i szaleć, ile dusza zapragnie, wielu autorów woli korzystać z utartych, sprawdzonych już schematów. Myślę, że dobrym przykładem będzie tu Laura Gallego wraz ze swoim dźwięcznie brzmiącym Tam, gdzie śpiewają drzewa. Czy bycie sztampowym pisarzem wyszło jej to na dobre?
Ludzie lubią obserwować, ludzie są wzrokowymi łowcami, ludzie lubią to, co jest ładne. Nie zdziwi was zapewne to, że pierwszym na co zwróciłam uwagę była okładka tej książki. Jest genialna, piękna, cudowna, dopracowana, po prostu klimatyczna! Tak samo przedstawia się jej wnętrze – zazwyczaj książki uraczane są niezjawiskowym wakatem, tutaj zamiast niego mamy zadrukowane na stronach biało-czarne drzewa, co tylko dodało klimatu oprawie. W środku przy każdym rozdziale pojawiają się czarne esy-floresy, a przy paginacji mamy maleńki, ładny wzorek. Kartki są grube i trwałe, co prawda ciężko jest przez to utrzymać książkę w powietrzu jedną ręką, bo za chwilę zaczyna nas boleć, ale przecież jest wiele innych, wygodniejszych pozycji czytelniczych. Te wszystkie wysoko estetyczne elementy sprawiają, że aż chce się ją czytać! Z wierzchu, wykonania i z opisu – książka idealna, z treścią nie jest jednak tak kolorowo.

wtorek, 19 grudnia 2017

Tajemnica przeplatana z młodzieńczymi miłostkami. Przepis na sukces? (Michelle Hodkin, Mara Dyer. Tajemnica)

Ostatnio czytam mnóstwo młodzieżówek i przyznaję, mam z nimi problem. Z jednej strony jestem znudzona zbyt dużą ilością lektur, które nie wprowadzają niczego nowego do mojego życia i zwyczajnie mnie nudzą, z drugiej strony coś mnie do nich ciągnie, bo raz na jakiś czas trafi się perełka, która zawładnie moim sercem. Problem pojawia się wtedy, kiedy sama nie wiem, co o danej książce sądzić. Właśnie taki problem miałam z Marą Dyer.
Tytułowa bohaterka budzi się pewnego dnia w szpitalu. Okazuje się, że cudem przeżyła wypadek, który miał miejsce w starym, opuszczonym psychiatryku. Była tam ze swoimi przyjaciółkami oraz chłopakiem, niestety nikt z nich nie przeżył – Mara była jedyną „szczęściarą”, jeżeli tak ją można nazwać. Od czasu wypadku zaczynają się z nią bowiem dziać bardzo dziwne rzeczy. Powoli utwierdza się w przekonaniu, że jej własny umysł może być bardzo niebezpieczny nie tylko dla niej, ale również i dla otoczenia – a wszystko zaczyna się wtedy, kiedy przeprowadza się do nowego miasta.
Sam początek brzmi intrygująco, tak samo jak ogólny zamysł i bawienie się psychiką człowieka – do tej pory tak naprawdę nie wiem, czy Mara ma coś z głową, czy po prostu jest obdarzona szczególnymi zdolnościami. Podobała mi się również ta delikatna otoczka tajemniczości i to, co zostało nam zafundowane pod sam koniec książki, na tym jednak mój zachwyt się kończy, bo wtedy na scenę wkracza wątek miłosny…

poniedziałek, 11 grudnia 2017

W morzu depresyjnych książek (Jasmine Warga, Moje serce i inne czarne dziury)

W dobie dzisiejszych czasów temat samobójstwa poprzedzony długotrwałą depresją stoi u szczytu ludzkich zainteresowań. W ostatnim roku mieliśmy szczególnie wielki wysyp literatury, która chwytałaby się tego znamiennego i dobrze nam znanego tematu. Wielu z nas twierdzi, że popełnienie dobrowolnego aktu ostateczności jest przejawem największej głupoty ludzkiej, ale czy ktoś z nas zastanawiał się nad tym, jak mogą czuć się osoby, dla których nie ma już na świecie miejsca? Osoby, którym nikt nie próbuje pomóc?
W długotrwałym, depresyjnym stanie znajduje się niejaka Aysel – córka mordercy, która płaci za poczynania swojego ojca. Aysel nie ma wsparcia ani ze strony matki, ani ze strony przyjaciół, których zresztą nie posiada. Pewnego dnia, gdy odsiaduje kolejne nudne godziny w pracy, postanawia wejść na stronę internetową, gdzie zrzeszają się wszyscy samobójcy, którzy nie chcą umierać osobno. Nasza przyszła samobójczyni odnajduje o rok starszego chłopaka o nicku FrozenRobot, z którym postanawia się spotkać. Między dwójką bohaterów nawiązuje się nić porozumienia, a potem? Sami musicie przeczytać.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że Moje serce i inne czarne dziury będzie tak dobrą książką młodzieżową. Jeżeli miałabym polecić jakąś powieść depresyjno-samobójczą, to poleciłabym raczej ją, niż nielubiane przeze mnie Trzynaście powodów, wokół którego zrobił się niepotrzebny szum. Opowieść mimo dwójki ludzi, którzy mają przykre doświadczenia i pragną skończyć ze swoim marnym życiem raz na zawsze, jest naprawdę ciepła i pokrzepiająca.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Święta z innego punktu widzenia (Glenn Beck, Świąteczny sweter)

W dzisiejszym świecie trudno jest o książkę, która byłaby oryginalna. Zawsze powielany jest jakiś schemat. Tak naprawdę nic nigdy nie będzie w stu procentach świeże, czasem znajdą się jednak perełki, które pozwolą nam odetchnąć od pędzącej akcji, ckliwych i powtarzających się miłosnych wyznań, wampirów, magii, duchów oraz wybrańców, i uwierzcie mi, wcale nie trzeba do tego niezwykłej fabuły. Czasem wystarczy, że sięgniemy po coś mało popularnego, ale bliskiego nam samym, w tym przypadku po książkę o życiu i codziennych zmaganiach zwyczajnych ludzi. Taki właśnie jest Świąteczny sweter, którego święta są tylko dodatkiem do całości, bo cała treść ma większą głębię.
Gdziekolwiek nie trafię, nie widzę zbyt dobrych ocen tej powieści. Ja sama zaczęłam się do niej nastawiać dosyć sceptycznie, ale nie postawiłam jej od razu na przegranej pozycji. Oprawa może nie jest jakaś cudowna (choć te urocze jemioły przy ramkach otaczających tekst poruszyły moje serce), opis nie taki zachęcający, jakby się chciało, pojawia się również mnóstwo literówek i kilka błędów, które mogą nam przeszkadzać, a początek fabuły trochę nas nudzi, ale mimo wszystko myślę, że warto dać jej szansę. 
Historia nie jest czystym wymysłem autora, bo jak się okazuje w ostatnim rozdziale – dużo z tych rzeczy przytrafiło mu się w rzeczywistości. Dzięki temu czujemy autentyczność spisanej na kartach powieści i jesteśmy w stanie uwierzyć, że jeżeli się postaramy, to wyrzucimy z siebie nienawiść i osiągniemy własne szczęście, bo wszystko tak naprawdę zależy od nas samych. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Urocza młodzieżówka idealna na odpoczynek (Kasie West, P.S. I like you)

Czasem każdy z nas potrzebuje odprężenia po ciężkiej lekturze, która pożarła wszystkie nasze zasoby skupienia, cierpliwości i emocji. Każdy z nas potrzebuje swoistego „odmóżdżenia” i tego, aby fabuła przepływała przez niego, nie zabierając cennej czytelniczej energii. Co sprawdza się w roli książek odpoczynkowych? Dla jednych będzie to zabawny kryminał, dla innych utwór typowo komediowy, a dla mnie to po prostu niewymagająca młodzieżówka, która pozwoli ocieplić się mojemu sercu i dostarczy mi siły na mocną fantastykę. Do takiej kategorii książek można zaliczyć te, które pisze Kasie West.
„P.S. I like you” nie było wyborem przypadkowym. Wiedziałam, że nie będzie dużo ode mnie wymagać i świetnie się sprawdzi jako przerywnik po czymś zdecydowanie cięższym. Ta historia pozwoliła mi odpocząć od „Naznaczonych śmiercią”, choć muszę przyznać, że początkowo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nadmiernej lekkości, co ujemnie wpłynęło na moje zdanie. Uznałam jednak, że nie będę spisywać ją na straty już na samym wstępie. To w końcu młodzieżówka. Młodzieżówki ocenia się… inaczej, szczególnie wtedy, kiedy już dawno wyszło się poza okręg nastoletnich problemów i miłostek.
Początkowo myślałam, że akcja pędzi zdecydowanie zbyt szybko, a główna bohaterka to jedna z tych osamotnionych hipsterek, która zawsze będzie inna od... innych. Słowo „kupa” na pierwszej stronie również mnie nie zachęcało do dalszej lektury. Dopiero po połowie zorientowałam się, że ta powieść wcale nie jest taka zła, musiałam się po prostu przyzwyczaić do prostoty i lekkości, wyrzucając z pamięci poprzednią lekturę. Ostatecznie okazało się, że twórczość Kasie West jest właśnie taka, jak przedstawia ją większość recenzentów: lekka, niewymagająca, ciepła i słodka, ale nie przesłodzona.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana fantastyki (Neil Gaiman, Nigdziebądź)

Londyn Pod i Londyn Nad to dwie różne nazwy dla dwóch różnych miejsc, zamieszkiwanych przez zupełnie inne istoty. Londyn Nad to ten, który znamy z gazet i realnych opowieści – wielkie czerwone autobusy pędzące po ulicach, specyficznie wyglądające budki telefoniczne, Big Ben, London Bridge, czy strażnicy pilnujący pałacu Buckingham. Londyn Pod to świat magiczny, który choć zawiera elementy podobne do zwyczajnego ludzkiego miasta, bardzo się od niego różni. W końcu w Londynie nie na co dzień spotykamy anioły, zabójców, łowców czy… dziewczyny o imieniu Drzwi, które potrafią otwierać miejsca, o jakich nawet nam się nie śniło.
Do Londynu Pod ma nieprzyjemność trafić niejaki Richard Mayhew – całkiem zwyczajny człowiek, który miał w życiu po prostu pecha. Razem ze swoimi towarzyszami, będzie musiał stawić czoło niejednemu miejskiemu potworowi.
Na początku recenzji, chciałabym zwrócić uwagę na okładkę, czy raczej serię okładek polskich wersji książek Gaimana, tworzonych przez Dark Crayon. Są iście genialne. Niby to tylko abstrakcyjnie ułożony na czarnej stronie napis w wyrazistym kolorze, a jednak nie możemy się na niego przestać patrzeć. Dodatkową ciekawostką jest to, że na każdej z okładek książek Gaimana, które wydało wydawnictwo MAG, widnieje mapa! Trzeba ją tylko dobrze podświetlić – najlepiej latarką. Ten zabieg sprawił, że twórczość Gaimana w polskim wydaniu stała się czymś osobliwie tajemniczym i odmiennym. W końcu komu ukryta mapa, którą nie wszyscy są w stanie dostrzec, nie będzie przypominać o tym, że właśnie zaczytuje się w fantastyce? Odkrywając ten fakt, stajemy się na nowo dziećmi, którym powierzono magiczny sekret.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.